JOWy (jednomandatowe okręgi wyborcze) nie są stosowane w prawie wszystkich krajach wysokorozwiniętych. To nieprawda. Coraz więcej krajów zresztą od nich odchodzi, ponieważ jest to system z natury niesprawiedliwy i niedemokratyczny, nieprzystający do współczesnych wymagań i oczekiwań, który ma więcej wad niż zalet. Ok. 20 lat temu Nowa Zelandia zrezygnowała z JOWów. Powoli, z tych właśnie powodów przymierzają się do tego też inne kraje, jak Kanada i pewnie też niedługo Wielka Brytania, gdzie ostatnie wybory dobitnie pokazały nieefektywność i niesprawiedliwość tego systemu. Powoli chcą przyjąć system, który my już mamy. Warto poczytać np. te artykuły:
natemat.pl/142343,jow-y-najbardziej-pows...e-tylko-kilka-panstw wyborcza.pl/1,75968,13593204,Jednomandat...eformuja_wybory.html blog.centruminicjatyw.org/2013/10/zmiana...sekwencje-spoleczne/
JOWy są:
"Nieefektywne, staroświeckie, niesprawiedliwe – to tylko niektóre określenia."
Antydemokratyczne.
Przestarzałe.
Wprowadzają zasadę, że "zwycięzca bierze wszystko"
Tyle.
”Ten system nie służy krajowi. Ci co przegrali, stają się zwycięzcami” - Masz na to przykład słubickiego samorządu, gdzie kandydaci z listy Ciszewicza mieli raptem łącznie ok. 36,8% poparcia społecznego, ale zdobyli 60% miejsc w radzie. Mogliby równie łatwo zdobyć w tym systemie i 100% miejsc, gdyby władza burmistrza była jeszcze silniejsza i miał większy wpływ na wynik wyborów (różnymi instrumentami). Podstawowa rzecz to to, że jego lista (czyli jednak wygrała lista, a nie ma w radzie ani jednego kandydata niezależnego) była "premiowana" ze względu na - 1) sprawowanie przez niego władzy i 2) wprowadzenie systemu JOWów, który dał mu niesprawiedliwą przewagę, pod postacią tego, że "zwycięzca bierze wszystko". Znaczy to też tyle, że pona 60% słubiczan nie głosowało na jego kandydatów, efektywnie ich odrzucając. Czyli jednak do rady miejskiej przegrał, ale wygrał. Wszystko dzięki systemowi JOWów.
Czy to jest demokracja i sprawiedliwy system podziału władzy według poglądów społeczeństwa? Bo ja uważam, że nie.
Ponadto, jest jeszcze inny aspekt - zaangażowanie społeczne i legitymizacja władzy.
”Odkąd Nowa Zelandia wprowadziła proporcjonalne głosowanie frekwencja wyborcza skoczyła o 20 procent” - ponieważ ludzie poczuli, że ich głos nie jest marnowany, ponieważ ich partie mają większą szansę dostać się do "Sejmu". W systemie JOW panuje większe zniechęcenie do polityki i zaangażowania społecznego, ponieważ system jest tak skonstruowany, żeby wykluczać szerokie masy ludzi ze współrządzenia.
My natomiast mamy już system proporcjonalny, o którym była mowa. To jest część naszego dorobku. Po co więc wprowadzać system większościowy JOW? Tam gdzie u nas go już wprowadzono za czasów Platformy, to popsuto to co było dobrego, albo w miarę dobrego (samorząd gminny i senat). Na tych szczeblach sytuacja jest właśnie w Polsce najbardziej nienormalna i chora. W senacie masz tylko PO i PiS plus raptem 4 senatorów niezależnych (jak się to ma do obietnic o niezależnych kandydatach?). PSL, SLD, TR i inni w ogóle nie istnieją w senacie. W gminie masz podobną niesprawiedliwość i nieefektywność. Po co zmieniać obecny system, który można poprawić, na coś co jest wielokrotnie gorsze i utrwala tylko wszystkie patologie, które obiecuje nam się, że ma zwalczyć?
Rozumiem intencje i się z nimi zgadzam. Potrzeba jest zmiana społeczna, większa demokratyzacja i partycypacja społeczna, większa społeczna kontrola nad władzą, ale z proponowanym rozwiązaniem nie zgadzam się całkowicie. Jestem mu co więcej absolutnie przeciwny, bo wbrew temu, co się o mówi o JOWach, niczego nie zmieniają i nie zmienią one na lepsze, tylko o wiele pogorszą, to co już nie działa najlepiej. Wielkim mitem jest np. to, że w JOWach wyłaniani są znacznie bardziej niezależni kandydaci (co już widać było powyżej na przykładzie rady miejskiej Słubic). Zazwyczaj giną oni w tłumie kandydatów partyjnych, którym łatwiej ze względu na rozpoznawalność szyldów partyjnych zdobyć większość w systemie JOW, a wystarczy im mieć tylko niewielką przewagę, żeby zdobyć mandat zgodnie z filozofią "zwycięzca bierze wszystko".
Jest wiele innych rozwiązań, które mogą polepszyć sytuację, jak np. metoda pojedynczego głosu przechodniego (system STV), gdzie można głosować na kilku kandydatów zgodnie ze swoją preferencją, przyznając im "oceny" np. od 1 do 5, przez co wyłaniani są znacznie częściej niż w JOWach kandydaci niezależni i tacy kandydaci partyjni, którzy mają szersze poparcie, ale np. pochodzą z niewielkich partii. Ale nie JOW, który jest z gruntu niesprawiedliwy i marginalizuje inne partie niż zwycięska, i który praktycznie nie daje szans na wybicie się grupom z małych i średnich partii. W dodatku jeszcze bardziej uzależnia kandydata od władz partyjnych, bo to, czy partia wystawi cię z okręgu, z którego twoja lista "bierze" zależy tylko od decyzji tzw. "góry partyjnej", czyli partyjnego kierownictwa. Znowu przykład z lokalnego podwórka - czy ktoś znał wcześniej wielu z tych radnych z listy Ciszewicza, którzy dzięki systemowi JOW weszli do Rady? Ja połowy z nich nadal nie kojarzę z żadnymi zasługami, ale dostali się do rady, bo lista z której startowali miała względną przewagę nad innymi i w systemie JOW wystarczyło im mieć tylko nieraz te ok. 23% poparcia, a łącznie 36-37% w skali całego miasta, żeby wszystko wygrać.. Jak widać, pozostali kandydaci i opcje praktycznie przepadli i teraz mamy hegemonię jednego tylko zdania. Czy to jest właściwe? Ja uważam, że nie, a przyczyną takiego stanu jest w dużej mierze wprowadzenie do samorządu JOW.