Kliknij przycisk i otwórz MENU >>
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT: Siła Ironman

Siła Ironman 2021/10/04 20:08 #36633

  • M. Hubko
  • M. Hubko Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Początkujący
  • Początkujący
  • Posty: 1
  • Otrzymane podziękowania: 0


Początek

Jest sobota, pierwszy sierpnia 2020 roku. Do głównych zawodów sezonu został ostatni miesiąc przygotowań. Pozostało tylko ostanie szlifowanie formy i start w MP na dystansie IRONMAN w Malborku.

Dziś w planie cztery godziny roweru i godzina biegu. Długi trening, więc wychodzę wcześnie rano. Sobota jest dniem z mniejszym natężeniem ruchu (zwłaszcza ciężarówek), więc mogę wyjechać na szosę. Standardowa trasa: Słubice -Kostrzyn nad Odrą – Słońsk – Ośno – Rzepin - Urad – Słubice. Potem pozostaje tylko pobiegać. Wychodzę na rower wcześnie rano, gdyż nie chcę zawalać całej soboty i zrobić coś jeszcze z moimi księżniczkami.

Jest forma, trening idzie świetnie, jeszcze tylko przejazd przez Rzepin, potem Urad i do domu. Końcóweczka. Wjeżdżam w Rzepinie pod wąski wiadukt na wylocie na Urad i nagle prze sobą widzę z drugiej strony nadjeżdżający samochód. Gwałtownie hamuję, zbyt gwałtownie. Przednie koło łapie jakąś dziurę i bach. Lecę na asfalt wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu. Byle nie na czołówkę, byle nie na czołówkę. Od uderzenia o asfalt słyszę chrupot łamanych kości, czołówki nie było, czuję dodatkowo, że ocieram się o coś plecami. W mgnieniu oka życie przelatuje mi przed oczami. Zwlekam się na bok i nie mogę wziąć oddechu. Po chwili biorę oddech, ale ból jest okropny. Po kilku minutach przyjeżdża karetka.

Szpital

W szpitalu okazuje się, że doznałem wielomiejscowych złamań żeber (w sumie naliczyłem ich z dokumentacji ponad 15), złamana łopatka, złamany obojczyk. Dodatkowo złamane żebra przebiły mi płuca. Rozerwana opłucna i powietrze pod mięśniami lewego boku. Mój stan określono jako ciężki, ale stabilny.
Początkowo czuję się ok, ale kolejne dni przynoszą kryzys. Zaczynam płytko oddychać. Jestem przestraszony, ale się nie poddaję. Cały czas sobie powtarzam, że będzie dobrze. Musi być….
Dopiero po 3-4 tygodniach ściągają mi dreny z płuc. Płuca się utrzymują. Będzie dobrze. Niestety cztery tygodnie leżenia w łóżku jak worek ziemniaków robią swoje. Kompletnie nie mam siły. Próbuję dojść sam do toalety, ale muszę to dzielić na 2-3 odcinki. Kręci się w głowie. Do tego ból pleców jest ogromy. Na koniec sierpnia wychodzę do domu. Co teraz…

Dom. Dasz radę

Nie mam siły, wszystko mnie boli. Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Spanie to istna męczarnia. Ani na jednym boku ani na drugim. Można na plecach, ale tylko w jednej pozycji. No nic. Jakoś do przodu.

Dla rodziny jestem bardziej zmartwieniem niż pomocą. O poprzednim, aktywnym stylu życia nie ma co marzyć. W wieku 47 lat zostałem emerytem z licznymi dolegliwościami bólowymi. Bujam, się od lekarza do lekarza. Tu ortopeda, następnym razem chirurg, jeszcze w innym dniu pulmonolog. Obojczyk zrasta się na kształt litery „A”. Nie ma oddechu a wejście po schodach to jakaś ekstremalna czynność.

Nie to nie jest dla mnie. Kurczę, trzeba się jakoś pozbierać. Moje córki nie mogą mieć ojca kaleki narzekającego na swój stan zdrowia. Jest jeszcze tyle do zrobienia. Mogło być przecież gorzej.

Tydzień po wyjściu ze szpitala odpalam trenażer w garażu. 10 min kręcenia bez oporu. Tak na próbę, żeby tylko. O kierownicę podpieram się jedną ręką. Drugą ręką nie jestem w stanie się podpierać. Schodzę z roweru zmęczony, ale szczęśliwy.
W kolejnych dniach dokładam po 5 min takiego kręcenia. Po dwóch tygodniach wiem, że jest to dobra droga. Teraz mogę kręcić już do godziny czasu i nawet z lekkim oporem. Z dnia na dzień oddycha mi się coraz lepiej.

Na trzeci tydzień wychodzę robię 3,5 km marszobiegu. Głębokiego oddechu nie ma ciągle, ale jest coraz lepiej. Z dnia na dzień czuję poprawę. Na koniec września potrafię już jeździć do 2 godzin i przebiec do 10 km. Jest petarda.

Przez całą zimę kontynuuje tą moją rehabilitację. Wprowadzam rozciąganie obręczy barkowej. Dodatkowo chodzę na rehabilitację do szpitala. Poznaję tam Pana Michała Tunka, który prowadzi swój gabinet terapii manualnej. Umawiam się do niego na wizytę i od tej pory regularnie pracujemy nad mobilnością obręczy barkowej. Po jakimś czasie mogę spać już na prawym boku i zaczynam się wysypiać 

A może nie wszystko stracone

Wiosną tego roku mogłem już biegać i jeździć naprawdę długie treningi. Razem z kolegami skrzyknęliśmy się nawet na przebiegnięcie ze Słubic do McDonalda w Kostrzynie nad Odrą. Zawsze chciałem to zrobić, ale jakoś nie leżało mi to po drodze. Co prawda pełnego oddechu dalej jeszcze nie było a próby wejścia na większe obciążenia zawsze kończyły się przytykaniem, ale długie i wolne treningi było chlebem powszednim. Wówczas w mojej głowie zatlił się pomysł: „a może by tak jeszcze raz wystartować w triathlonie na dystansie IM?”. Nie żeby bić rekordy świata, ale tak aby zaliczyć. Pokazać sobie, że się da. Byłem zapisany jeszcze z poprzedniego sezonu do Malborka na mistrzostwa polski, więc była również okazja. Ostatecznej decyzji jednak nie podejmowałem, gdyż bolący obojczyk cały czas blokował mnie z pływaniem.

W między czasie moja wydolność na tyle się poprawiła, iż oprócz bólu obojczyka, nie odczuwałem już dolegliwości w życiu codziennym. Mogłem normalnie pracować, wykonywać prace w moim domu, ogrodzie. Bawić się z dziećmi. Determinacja w powrocie do zdrowia uświadomiła mi, że wszystko jest w mojej głowie. Problemy w pracy, które wcześniej wydawały mi się jakieś nie do przejścia teraz zaczęły jakoś mocno maleć. Nie ma spraw nie do rozwiązania. Byle by tylko zdrowie pozwoliło .
Pod koniec maja uderzyłem się w ten swój nieszczęsny obojczyk i coś mi strzeliło. Może nie złamało się ale mocno się zruszyło. Założyłem wówczas ortezę tzw. ósemkę (wcześniej leżąc jak worek ziemniaków w szpitalu na drenach nie miałem takiej okazji). To spowodowało, że obojczyk jakoś lepiej się zaczął zrastać. Wróciła większa ruchomość stawu barkowego a po dwóch miesiącach ból na tyle zmalał, że mogłam zacząć myśleć o pływaniu. Zrobiłem próby i podjąłem decyzję, że zrobię tego IRONA.
Mogłem pływać, mogłem jeździć rowerem i mogłem biegać. Zostały dwa miesiące. OK. Da się zrobić. Dwa miesiące mocniejszych treningów, ale bez tzw. zarzynania.

Poniedziałek 2 km pływania, wtorek krótkie i szybkie interwały biegowe, środa to lekki rower w terenie, czwartek bieg tempowy, ale całość do godziny czasu, piątek 4 km pływania, weekend natomiast to sobotnie długie wybieganie oraz niedzielny długi rower TRI.
Z tygodnia na tydzień podnosiłem tempo biegu i wydłużałem niedzielny rower, aby na 3 tygodnie przed planowanym startem zrobić 180 km. Na 2 tygodnie przed startem zacząłem luzować, aby wejść w start świeżym.

Start IRONMAN


Początkowo założenie było proste - ukończyć. W miarę jednak przygotowywania się do samego startu apetyt zaczął rosnąć na coś mocniejszego. Poprzez długie i lekkie treningi w okresie zimowo-wiosennym wybudowałem dobrą bazę tlenową a ostatnie dwa miesiące mocniejszych treningów wyszlifowały formę.

Stając na starcie nie wiedziałem do końca na co mnie stać. Wiedziałem, że mogę przepłynąć dystans 4 km, bo robiłem to co tydzień. Wiedziałem, że mogę przejechać dystans 180 km na rowerze, gdyż zrobiłem to treningowo na 3 tygodnie przed startem. Wiedziałem również, że mogę przebiec 42 km, bo robiłem długie wybiegania. Nie wiedziałem jednak na co mnie stać przy połączeniu tych trzech dystansów bez żadnej przerwy.

Do tego wszystkiego przed samym startem włączył się stres związany z pływaniem. Pływałem praktycznie od dwóch miesięcy, ale nie można tego przyrównywać do startu, gdzie płynąc w dość wąskim torze pomiędzy bojami a brzegiem rzeki tłuczesz się po głowach z innymi zawodnikami.

1.2.3 i start. Wszystko odpuściło. Nawet woda, która miała 16 stopni stała się jakaś ciepła. Na dystansie IRONMAN liczysz się tylko ty i twoje słabości. Lecisz do przodu jak koń, realizując swój plan: 1:10 pływanie, 5 godzin rower i bieg jak nogi pozwolą.

Pływanie

W Malborku start odbywał się w formule tzw. rolling start. Co 3 sekundy wypuszczano do wody kolejnych 2 zawodników. W ten sposób w wodzie nie było aż takiego tłoku co zmniejsza trochę stres związany z pływaniem. I tak się stało. Po chwili przepychania zawodnicy rozpłynęli się i w wodzie zrobił się luz. Płynąłem i powtarzałem sobie w myślach: „płyń swoje, płyń swoje”. Pływanie to tylko rozgrzewka na tym dystansie, ale nie można w wodzie spędzić zbyt dużo czasu, gdyż organizm szybko się wychładza a dodatkowe minuty powodują stratę dodatkowej energii. Po przepłynięciu pierwszego z czterech okrążeni przestały mi nawet przeszkadzać wodorosty, po których pływaliśmy i często zagarniałem je ręką.
Ostatecznie z wody wyszedłem po godzinie i 12 minutach. Trochę dłużej niż zakładałem, ale i dystans okazał się nieco dłuższy. Zamiast 3800m wyszło nieco ponad 4 km.

Rower

Po strefie zmian czas przyszedł na rower. Trasa w Malborku jest płaska, ale odkryta i często tu wieje. Także tego dnia nie zabrakło wiatru, który nasilał się z biegiem czasu. Po przejechaniu ok 10 km chciałem zjeść żel energetyczny i okazało się, że bidon żelami zostawiłem w hotelu. Co teraz. Trzeba sobie radzić. Wyżywienie na tak długim dystansie to podstawa. Co 30 min na rowerze miał być żel a co godzinę baton. Batony miałem, ale żeli nie. Co 45 kilometrów był jednak punkt żywieniowy z żelami. Co prawda co 45 km a nie co 30 min. ale lepsze to niż nic. Tak więc jechałem i jadłem batony a jak się udało to łapałem i dojadałem żelami.

Po 3 godzinach jazdy zaczynało jednak brakować energii. Na 3 z 4 kółek trasy tak byłem zmęczony, że postanowiłem zatrzymać się w punkcie odżywczym i dojeść. Tak jak postanowiłem tak zrobiłem. Zatrzymałem się, zjadłem banana, dopiłem ISO, wziąłem kilka żeli i pojechałem na ostatnie kółko roweru. Okazało się, iż był to strzał w dziesiątkę. Dojadłem, dopiłem i energia wróciła.

Rower ukończyłem w zakładanym przez siebie czasie, czyli poniżej 5 godzin, utrzymując średnią powyżej 36km/h.

Bieg

Wchodząc z roweru na bieg wiedziałem już, że jest bardzo dobrze. Jest szansa na złamanie 10 godzin. Nigdy do tej pory mi się to nie udało. Biegłem mimo bólu nóg i ogólnego zmęczenia. Początkowo utrzymywałem tempo lekko poniżej 5 min/km i tak biegłem. Jednak na ok 25-30 km biegu zaczęły mnie łapać skurcze. Na początku delikatnie, ale po jakimś czasie coraz mocniej, aż w końcu musiałem przystanąć. Zacząłem się wówczas bardziej polewać wodą i więcej pić. Ostatnie z 7 okrążeń pobiegłem już bez skurczy. Zmęczenie było ogromne, ale do przodu pchała mnie chęć złamania magicznej bariery 10 godzin . Dobiegłem. Ukończyłem to i to z rekordem życiowym. 9:59:46. 10 godzin złamane a do tego 4 miejsce w mistrzostwach polski na dystansie IRONMAN. Chcieć znaczy móc.

Nowe Granice

Po trzech tygodniach od startu IRONMAN postanowiłem wystartować jeszcze w Ultramaratonie Nowe Granice w Zielonej Górze w konkurencji „Duathlon Solo”. Tym razem do pokonania było 23 km iście górskiego biegu oraz 80 km jazdy rowerem MTB. Start był o tyle trudny, iż trzy tygodnie po starcie IRONMAN nie byłem jeszcze w pełni zregenerowany.
Start ten był również okazją do sprawdzenia dyspozycji w stosunku do lokalnych rywali/kolegów. W Zielonej Górze zająłem ostatecznie 4 miejsce open do końca walcząc o czołowe pozycje a tym samym forma została potwierdzona w 100%.

Koniec

Może to wszystko wydarzyło się po coś? Może musiałem to przejść, aby stać się jeszcze mocniejszym psychicznie i fizycznie. Doświadczyć upadku i powrotu.

Wszystko jest w twojej głowie.



Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Ostatnia edycja: przez M. Hubko.
  • Strona:
  • 1