Słubice: 13 listopada 2019   |   Imieniny: Arkadia, Mikołaj, Stanisław
reklama
reklama

Słubiccy Sybiracy wspominają...

Za nami jubileusz 30-lecia Koła Związku Sybiraków. Podczas wspomnień niejednemu zakręciła się łza w oku… Choć są coraz starsi, pamiętają trudy tamtych lat – i chcą, żeby również inni pamiętali o tej naszej niełatwej historii, o swoich korzeniach.

sybiracy wspomnienia
Sybiracy chętnie się dzielą wspomnieniami

Dziś określenie „Sybiracy” nikogo nie dziwi. Ale, jak wspomina Lucyna Żukowska, była prezes słubickiego koła, w 1989 roku, kiedy powstawało koło związku w Słubicach, ludzie nie wiedzieli, że były zesłania na Syberię. Mówiło się represjach ze strony hitlerowskich Niemiec – ale nie ZSRR. – Ludzie nie wiedzieli, ale byli ciekawi. Teraz raczej wszyscy znają historię – mówi L. Żukowska.

Choć – nie całą. – Zwykle pamięta się o wywózkach w lutym i czerwcu 1940 roku, w czasie wojny. Ale wielu z nas zostało wywiezionych później, już po wojnie. Było to pokłosie ataku ZSRR na Polskę z 17 września 1939 r. Ziemianie, osadnicy wojskowi na terenie Wileńszczyzny byli bardzo źle traktowani przez ówczesne władze – mówi Wiktor Jasiewicz. I opowiada, jak to było z jego rodziną, która musiała w dwie godziny opuścić swoje gospodarstwo (w tym dwa domy), na które pracowały całe pokolenia.

Historia jak z filmu

„Godzina druga w nocy. Nasza rodzina liczyła 9 osób, dzieci i rodzice. Można było zabrać ze sobą tylko to, co dało się spakować. Zabiło się jakąś kurę, wzięło trochę mięsa i chleba – jeśli był. A to był marzec, na wschodzie to jeszcze zima. Wieźli nas 2 godziny saniami, na dworzec w Bieniakoniach. Tam zapakowali nas do bydlęcych wagonów. Podróż na zesłanie trwała miesiąc. Ja miałem wtedy 3,5 roku, najmłodszy brat nieco ponad roczek. Najstarszy – 16 lat.

Jechaliśmy w bydlęcych wagonach, pustych. Miały zakratowane okienku u góry. Parę razy dziennie otwierały się drzwi, wrzucano coś do zjedzenia i dawano wrzątek, żeby zaparzyć kaszę czy mąkę. Czasami pociąg się zatrzymywał gdzieś w lesie – wtedy wynoszono osoby, które zmarły. Były to przeważnie dzieci, osoby starsze lub chore.

Trafiliśmy na osiedle baraków w Świrsku nad Angarą, już w azjatyckiej części ZSRR. Spędziliśmy tam prawie 7 lat.  Mieliśmy szczęście, że trafiliśmy do miasteczka. Ojciec dostał nakaz pracy w hucie ołowiu, mama przede wszystkim zajmowała się dziećmi. Mamy bracia, którzy zostali na Wileńszczyźnie, byli kolejarzami i udawało im się przez kolegów przekazać nam paczki. Przeważnie była w nich słonina, mocno posolona, żeby się nie psuła.

Sybiracy
Rodzina Jasiewiczów

Mama pakując się zabrała maszynę do szycia. Tato w wojsku wyuczył się zawodu krawca. Po przyjeździe uszył nam spodnie, koszule – bo to, co mieliśmy na sobie nadawało się tylko do spalenia.

Trafiliśmy o tyle dobrze, że mieliśmy w Świrsku szkołę. Choć na wszystko brakowało pieniędzy, rodzice dbali, żebyśmy mieli wszystko co potrzebne do szkoły. Wszyscy byliśmy dobrymi uczniami, brat Bernard był najlepszy w szkole, rodzice co semestr dostawali listy pochwalne.

Ojciec bardzo ciężko pracował w hucie, w systemie czterobrygadowym. Chodził do pracy 3 km w jedną stronę, latem nie było to takie uciążliwe, ale zimą temp. dochodziła do -40 st. C. Pamiętam, że w jednym roku było to nawet -56 st. C. Starsi bracia również ciężko pracowali przy spływie drzewa nad Angarą. Wyławiali i dźwigali ciężkie, mokre pnie drzew. Nie było żadnych maszyn.

Na Syberii urodziła się jedyna córeczka, Gienia, która zmarła w wieku 2 lat. Nie było desek, żeby zbić trumienkę, zrobiono ją ze skrzynek. Trudno było wykopać grób w zamarzniętej ziemi. Moja mama urodziła łącznie 11 dzieci. Była wspaniałą kobietą.

Trzeba podkreślić, że przeżyliśmy dlatego, że trzymaliśmy się razem. Starsi dbali o młodszych, było u nas niezwykłe braterstwo. Musieliśmy żyć zgodnie, mieszkaliśmy razem na powierzchni 30 mkw w 9 osób. Wiedzieliśmy, że od starszych braci zależy przeżycie. Nikt tak jak Bernard nie umiał zdobywać chleba.

Do dziś pamiętam smak i zapach jabłek – jedliśmy je raz czy dwa. Ratunkiem była cebula. To właśnie to warzywo nauczyli nas jeść rodzice.”

Antresola, stół i kurczaki

Eugeniusz Jurczenko
E. Jurczenko - szef słubickich Sybiraków

Jak wyglądało „mieszkanie” na Syberii? O swoich wspomnieniach opowiada Eugeniusz Jurczenko, obecny prezes słubickiego koła związku.

- Moja matula była ze wsi. Tato zrobił w baraku, w którym mieszkali antresolę, a na niej łóżko. Niżej stał stół. A pod stołem - mama kupiła skądś jajka i wylęgła kurczaki, nie wiem, jak jej się to udało. Wszystko w pomieszczeniu ok. 3 na 4 metry. Te kurczaki były później bardzo smaczne. Choć smród jaki był w domu to inna sprawa – wspomina prezes.

Nie wolno było wrócić

Sybiracy to w większości Polacy z Kresów Wschodnich, wywiezieni w latach 1940-56. Po powrocie z zesłania nie mogli wrócić do swoich domów, ponieważ znajdowały się one w Związku Radzieckim. A oni mieli wracać do ojczyzny, do Polski. Wielu z nich trafiło na zachód, ponieważ tu były pozostawione przez Niemców domy, całe wioski były puste.

Sybiracy
Mapa wywózek Polaków

Choć, jak mówi L. Żukowska, a przykład jej rodzice wcale nie chcieli tu przyjeżdżać. – Nie mieliśmy wyboru, choć pamiętam, jak tato mówił, że stamtąd wysłali nas na Syberię, a stąd wygonią nas Niemcy… - wspomina.

Rodzice na Syberii dbali o to, żeby dzieci mówiły po polsku, choć wszędzie był rosyjski – w szkołach, urzędach, na podwórku. - Jak wbiegło się z podwórka, tata zwracał uwagę, jak mówimy. Miałyśmy książeczkę „Najsłodsze imię Jezus” i z niej uczyliśmy się języka polskiego – wyjaśnia L. Żukowska.

Uczcić rodziców i zmarłych Sybiraków

Dlatego niedawna uroczystość 30-lecia koła, ostatnia pewnie tak duża zorganizowana przez słubickich sybiraków, była dla nich również okazją do uczczenia rodziców i wyrażenia im wdzięczności za to, że ich rodzinom udało się przetrwać.

E. Jurczenko podkreśla, że Sybiracy chcą przekazywać swoje wspomnienia kolejnym pokoleniom. – Chcielibyśmy, aby żywe było zainteresowanie przeszłością, to są nasze korzenie, nasza niełatwa historia, o której młodsze pokolenie powinno pamiętać – podkreśla L. Żukowska.

Sybiacy
Wystawę "Zesłani na Sybir" można oglądać w słubickiej bibliotece

Sybiracy prowadzili pogadanki we wszystkich szkołach w Słubicach, podstawowych i średnich, choć, jak przyznają w ostatnim czasie nie dostają już zaproszeń. A ich samych jest już coraz mniej i niedługo młodzież nie będzie miała okazji usłyszeć na żywo historii o wywózkach i życiu Polaków na dalekiej Syberii...
 

Chcesz dodać komentarz do artykułu? Zaloguj się lub zarejestruj swoje konto na portalu.

Reklama

Ostatnie komentarze

Sonda internetowa

Czy władze Słubic powinny umożliwić przekształcenie działki przy ul. Folwarcznej na cele handlowe?
 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama